¼ród³o: www.dziennik.twardoch.pl
Siedzê na tylnej kanapie pomarañczowego malucha, zaparkowanego w Gliwicach obok ko¶cio³a pod wezwaniem Piotra i Paw³a, który kiedy¶ bêdzie katedr±. Ale teraz jeszcze nie jest, a ja mam dziesiêæ lat, jest wtorek, szósty czerwca 1989 roku i bardzo siê bojê. Wola³bym byæ w domu, w Pilchowicach, gdzie mieszkamy od dwóch lat i gdzie czeka mama i moja najm³odsza, dwuletnie siostra. Pojechali¶my z tat± do wujka S. – na ¦l±sku nikt nie u¿ywa okre¶lenia „stryj”, ale S. jest starszym bratem mojego taty. Obok siedzi moja druga siostra, która ma lat dziewiêæ i ona te¿ siê boi.
Wcze¶niej siedzieli¶my na dywanie z dwiema kuzynkami w ich pokoju, na siódmym piêtrze bloku przy ulicy Pszczyñskiej. Dziewczyny wyci±gnê³y jakie¶ lalki i klocki Lego, ale nie bawili¶my siê wcale. Nas³uchiwali¶my, w czwórkê, trzy dziewczyny i ja – jak tata rozmawia z wujem.
Wtedy ju¿ te¿ siê bali¶my, ale jeszcze nie tak. Wiemy, ¿e tata i wujek nale¿± do „Solidarno¶ci”, chocia¿ niedok³adnie rozumiemy co to znaczy. Ale na pewno tata i wujek s± po stronie dobrych, przeciwko g³upiej, podobnej do mê¿czyzny nauczycielki, która w pilchowickiej podstawówce kaza³a nam uczestniczyæ w akademii na cze¶æ rewolucji pa¼dziernikowej. Wiemy doskonale, ¿e rewolucja pa¼dziernikowa to co¶, czego siê nienawidzi, co jest nie tylko z³e, ale równie¿ obrzydliwe i groteskowe, jak wszystko co nale¿y do ¶wiata komunizmu. Prezenter Dziennika w telewizji, popiersie Lenina, czerwone flagi i pochody pierwszomajowe, na które nikt nie chodzi. Wiemy dobrze, ¿e mo¿emy byæ dumni z tego, ¿e nasz tata i wujek nigdy nie nale¿eli do partii.
Tata by³ ostatnio bardzo zadowolony. Mówi³, ¿e koñczy siê w Polsce komunizm. Jestem do¶æ dziwnym dziesiêciolatkiem, pó¼no nauczy³em siê czytaæ, bo pod koniec pierwszej klasy w podstawówce, ale potem zacz±³em poch³aniaæ ksi±¿ki w ogromnym tempie. Co tydzieñ idê do biblioteki, wracam z ciê¿kim plecakiem. Po osiem tomów, tyle mogê wypo¿yczyæ. Czytam Dumasa, Szklarskiego, Verne’a, a potem, jak leci. Tomki, Muszkieterowie, hrabia Monte Christo, albo jaki¶ wêgierski funkcjonariusz AVH, czyli tamtejszy ubek (czy znam ju¿ to s³owo? ubek?), z dziwnej powie¶ci, która jako¶ wyry³a mi siê w dziesiêcioletniej g³ówce, pod blond czupryn±, a której autora i tytu³u nie pamiêtam. Wiêc widzê ¶wiat inaczej ni¿ przeciêtny dziesiêciolatek. Trochê wiêcej wiem i chyba ju¿ interesujê siê polityk±. Dlatego, kiedy wracali¶my z tat± z piekarni, tu¿ przed wyborami, zapyta³em – tato, czy teraz bêdzie w Polsce kapitalizm?
Mój tata, w ¶wiecie, który siê wydarzy, za kilka lat zwolni siê ze stanowiska kierownika dzia³u ochrony ¶rodowiska na kopalni i za³o¿y w³asn±, dobrze prosperuj±c± firmê. Wtedy jednak jeszcze nie potrafi³ odpowiedzieæ na moje pytanie. W koñcu, od czterdziestu lat, od zawsze, ¿y³ w kraju, w którym s³owo „kapitalizm” kojarzy siê z t³ustym brzuchem bur¿uja w cylindrze, dosiadaj±cego zgiêtych pleców ¿ylastego cz³owieka pracy. Wiêc tata, nieco strapiony, odpowiedzia³ ¿e sam nie wie, ale bêdzie to co¶ po¶redniego miêdzy socjalizmem a kapitalizmem.
Dopiero du¿o pó¼niej, w ¶wiecie, który siê wydarzy³, zrozumia³em znaczenie tej odpowiedzi. Nie pyta³em przecie¿ o wysoko¶æ podatków, czy o redystrybucjê dochodu narodowego. Pyta³em o wzorce kulturowe – i w tym wymiarze nale¿a³o rozumieæ odpowied¼ mojego taty. Po¶rednio jest ta odpowied¼ równie¿ ¶wiadectwem dezorientacji, jakiej ulegli nawet ludzie politycznie wyrobieni – w 1989 mój tata ma za sob± z gór± dwie dekady politycznej aktywno¶ci. To co¶ miêdzy PRL a II RP, miêdzy Rzeczpospolit± a ptic±, miêdzy Polsk±, a smutnym krajem, zamieszkanym przez polactwo – to w³a¶nie sta³o siê naszym udzia³em, w ¶wiecie, który siê wydarzy³. Ale móg³ siê przecie¿ wydarzyæ inaczej.
Mamy wiêc wtorek, szóstego czerwca. Siedzê z siostr± na tylnym siedzeniu pomarañczowego malucha i bardzo siê boimy. Nie ma jeszcze wakacji, ale lekcji te¿ nie ma, bo szko³y s± zamkniête. Tata wzi±³ nas do wujka, do Gliwic i dyskutowali w du¿ym pokoju, a my s³uchali¶my z pokoju obok. Tej dyskusji nie zrozumieli¶my, ale ogl±dali¶my wczoraj telewizjê i s³uchali¶my radia.
Najpierw, w radiu, by³o zdobycie gmachu telewizji. A potem, w telewizji pokazywali po prostu co¶, co wygl±da³o jak filmy dokumentalne: Warszawa, nie wiedzia³em dok³adnie, które miejsce Warszawy, bo mam tylko dziesiêæ lat i tylko raz by³em w Warszawie – w ka¿dym razie, w naszym czarno-bia³ym telewizorze Unitra by³ plac, a na placu mnóstwo ludzi. I dzia³o siê co¶ bardzo dziwnego, bo wielu z tych ludzi mia³o karabiny, którymi potrz±sali nad g³owami, tak jakby by³ to film z Izraela albo jeszcze z innego telewizyjnego kraju, gdzie egzotyczni ludzie gromadz± siê na ulicach, aby strzelaæ do innych egzotycznych ludzi. Potem widzieli¶my, ¿e pod latarniami, buduj± wielkie podesty, zbijaj± je z desek, stukaj±c m³otkami.
Potem z du¿ego domu wyprowadzili mê¿czyznê. W pierwszej chwili nie poznali¶my go, brakowa³o mu najwa¿niejszego rekwizytu – ciemnych okularów, munduru i czapki, ale po chwili, ju¿ wiedzia³em, to Jaruzelski. Wygl±da³ nagle tak smutno i bezbronnie, mia³ zwi±zane rêce, mru¿y³ oczy, bo razi³o go czerwcowe s³oñce, jak ¶lepy kret z kreskówki. By³ tylko w spodniach i podkoszulku bez rêkawów, prowadzili go brodaci faceci z broni±, a rêce mia³ zwi±zane. T³um wrzeszcza³, co mnie wcale nie dziwi³o, bo telewizyjny t³um zawsze wrzeszczy. I potem weszli z nim na ten podest, za³o¿yli pêtlê, zepchnêli, polecia³, ale niezbyt wysoko. Wisia³, szarpi±c siê na sznurze, a mama krzyknê³a – Szczepan, wyno¶ siê st±d, to nie dla ciebie. Ale ja sta³em jak zahipnotyzowany i widzia³em, jak cz³owiek w skórzanej kurtce obj±³ genera³a za nogi i uwiesi³ siê na nim ca³ym swoim ciê¿arem.
Powiesili go – powiedzia³ dziwnym g³osem tata, jakby nie wierz±c w³asnym oczom. Potem mama wygoni³a nas do pokojów, siedzieli¶my wiêc z E., po dzieciêcemu t³umacz±c sobie, co siê sta³o. Rodzice zostali przed telewizorem. I z dobiegaj±cego do nas st³umionego szumu t³umów i g³o¶nego komentarza wiedzieli¶my, ¿e na Jaruzelskim siê nie skoñczy³o.
To by³o wczoraj. Teraz siedzimy z E. w pomarañczowym fiaciku rodziców. Chwilê wcze¶niej byli¶my u wujka i s³uchali¶my dyskusji doros³ych. Co to w³a¶ciwie znaczy, ¿e powiesili Jaruzelskiego, ¿e Kiszczak zabity we w³asnym domu, ¿e powiesili Urbana? Podobno – mówi³ wujek S.– p³onie KC, milicjanci pouciekali, bo kilku zlinczowano, wielu przy³±czy³o siê do t³umu, podobnie jak co sprytniejsi aparatczycy. Podobno w¶ród wieszaj±cych by³ ten m³odziak, Kwa¶niewski, który b³yszcza³ przy okr±g³ym stole i paru innych, s± teraz nagle bardzo radykalni, bo siê bardzo boj±, ¿e mog± byæ nastêpni. By³y jakie¶ strzelaniny, SB siê broni, a czy Ruscy wejd±? Podobno nie – powiedzia³ wtedy tata. Nie wejd±, nie rusz± siê z koszar. To nie piêædziesi±ty szósty. Czy tam, w Warszawie, ju¿ jest jaka¶ w³adza? – pyta³.
A brat opowiada³, ¿e ukonstytuowa³ siê jaki¶ Komitet, z Solidarno¶ci Walcz±cej i KPN-u, Moczulski i Morawiecki – a mo¿e Morawski? – i przejmuj± w³adzê, Michnika aresztowali podobno. Michnika? – nie wierzy³ ojciec – dlaczego aresztowali Michnika? A S. odpowiedzia³, zrezygnowany – jak ty nic nie rozumiesz… Potem zjechali¶my wind± z siódmego piêtra i chcieli¶my wracaæ, ale na Nowym ¦wiecie by³ t³um ludzi, ci±gn±cych pod siedzibê PZPR, w której, w ¶wiecie który siê wydarzy³, mie¶ciæ siê bêdzie PZU i ZUS. Tato waha³ siê, chcia³ wracaæ do domu, w koñcu by³ z dzieæmi, ale przechodnie krzyczeli, ¿e na Rybnickiej i w ogóle wszêdzie s± blokady, ¿eby komuchy nie pouciekali. Tata zaparkowa³ wiêc w koñcu pomarañczowego malucha za ko¶cio³em pod wezwaniem ¶wiêtych Piotra i Paw³a, kaza³ nam zostaæ w samochodzie a sam wyszed³ i sta³ obok – widzê go przez boczn± szybkê – na stra¿y. A jednocze¶nie przygl±da³ siê wydarzeniom.
Uciek³bym z samochodu, aby przygl±daæ siê wieszaniu, czy siedzia³bym, przestraszony, z siostr±, na tylnej kanapie malucha? Nie wiem. Nie umiem wywo³aæ samego siebie sprzed osiemnastu lat. Wiem jednak, ¿e w stresie podejmujê najg³upsze decyzje, wiêc za³ó¿my, ¿e wybiegam z samochodu, nie s³ucham krzyku taty, uciekam mu i ignorowany przez doros³ych mê¿czyzn, których nagle porwa³a historia, biegnê, przeciskam siê, a¿ w koñcu wspinam siê na jak±¶ barierkê. Zanim tata mnie ¶ci±gnie, widzê z daleka szubienicê na placu pod politechnik±, i cz³owieka, któremu spod koszuli wystaje wielki brzuch. Zak³adaj± mu pêtlê na szyjê, t³um cichnie, stuk i wisielec leci w dó³, rozlega siê chrupot ³amanego karku i t³um wiwatuje. A mo¿e ciê¿ar cia³a jest tak du¿y i wysoko¶æ, z jakiej spada, tak wielka, ¿e lina odrywa g³owê od cia³a, osobno spadaj± na ziemiê i stryczek ko³ysze siê z³owieszczo pusty?
W tym ¶wiecie, który siê nie wydarzy³, Jaros³aw Rymkiewicz nie musia³aby pisaæ „Wieszania”, swojego eseju o wydarzeniach roku 1794, kiedy w czerwcu w Warszawie t³um powiesi³ kilku zdrajców, ale nie powiesi³ zdrajcy najwa¿niejszego.
Zaprzepaszczona dwie¶cie lat wcze¶niej szansa na zyskanie politycznej to¿samo¶ci, pojawi³a siê ponownie 5 czerwca 1989 roku i tym razem zosta³a wykorzystana. T³um, podburzony przez esbeków, a mo¿e agentów CIA, albo dzia³aczy Solidarno¶ci Walcz±cej, s³owem, podburzony przez kogokolwiek, niewa¿ne, odkre¶li³ przesz³o¶æ kresk± grub± jak konopny sznur, gniot±cy tchawice. I ten mord polityczny – ta szubienica, na której powieszono zdrajców – zbudowa³y now± to¿samo¶æ Polaków.
Tak jak Francja zbudowa³a swoj± to¿samo¶æ na akcie królobójstwa, odprawionego z wielk± pomp± g³osowania, którego transcendentny wymiar jest widoczny chocia¿by w tym, ¿e nie wywin±³ siê odeñ nawet Fouche. Tak jest, nawet ten supercwaniak nieskory w ka¿dym innym przypadku do jednoznacznych deklaracji, z których kto¶ móg³by go rozliczyæ w przysz³o¶ci. Jako régicide by³ trudny do zniesienia nawet dla fasadowej Restauracji i to jedno g³osowanie wys³a³o Fouchego w koñcu na polityczne wygnanie. Rivarol, jeden z najinteligentniejszych obserwatorów rewolucji, napisa³: „Gdyby Ludwik XVI 10 sierpnia zgin±³ z broni± w rêku, wówczas jego krew obficiej u¿y¼ni³aby lilie. ¦mieræ na szafocie w¶ród milczenia t³umów na zawsze pozostanie piêtnem – dla narodu, dla tronu, a nawet dla wyobra¼ni.” ¦mieræ Ludwika zmieni³a wszystko; zmieni³a charakter narodowy Francuzów, wywracaj±c go na drug± stronê, stworzy³a nowoczesno¶æ, zmieni³a na zawsze historiê Europy.
Mord polityczny mo¿e byæ godny, lub nie. Dobrze jest zabiæ szkodliwego tyrana, ¼le jest zabijaæ dobrego króla. Mord na Ludwiku XVI by³ zbrodni±, zas³ug± by³oby zabiæ Stalina, lub zastrzeliæ Hitlera. Jednak si³a stwórcza mordu politycznego nie zale¿y od tego, czy jest on godny, czy niegodny. Nie wa¿ne, czy jest sprawiedliwy, czy nie. Nie sprawiedliwo¶æ jest jego istot±. Istot± jest zbiorowe zanurzenie sztyletu w krwi Cezara.
O tym w³a¶nie jest „Wieszanie” Jaros³awa Marka Rymkiewicza. Mo¿na siê spieraæ, czy wieszaj±c Stanis³awa Augusta Poniatowskiego, warszawskie pospólstwo podnios³oby, jak sankiuloci, rêkê na w³adzê z bosk± legitymacj±. A mo¿e po prostu we w³a¶ciwy sposób ukara³oby rosyjskiego agenta, wytypowanego na tron polski przez Katarzynê, sowicie przez Rosjê op³acanego i dzia³aj±cego na rozkaz, na rzecz i dla dobra Rosji, s³owem – zdrajcê. Mo¿e, gdyby Poniatowskiego podci±gnêli na szelkach ku poprzecznej belce szubienicy, opu¶cili, uwiesiliby siê mu u nóg, by przetr±ciæ mu kark – mo¿e znalaz³by siê potem jaki¶ polski Rivarol, który napisa³by o tym ze smutkiem. Mo¿e widzia³by to trzyletni Henryk Rzewuski, aby potem potêpiæ zrewoltowany lud, nie w imiê Rosji, lecz w imiê zachowania Starego ¦wiata?
Ten spór jest jednak niewa¿ny. Niewa¿ne, czy polscy jakobini poszliby drog± francuskich, czy wróciliby raczej do starych, polskich tradycji republikañskich, nie poddaj±c siê ob³êdowi rewolucji. Czy zapanowa³by terror, czy raczej glorious revolution, nie to stanowi³oby o sensie i donios³o¶ci powieszenia Stanis³awa Augusta. Nie sprawiedliwo¶æ – chocia¿ sta³oby siê jej zado¶æ, bo na sznurze miejsce zdrajców – lecz zbiorowe, amoralne, podjête przez warszawsk± ulicê, zobowi±zanie: Powiesilim króla!. Sztylet we krwi Cezara.
Dlatego w³a¶nie „Wieszanie” Rymkiewicza jest wspania³ym otwarciem do snucia historii alternatywnych. Czy królewski wisielec zmieni³by cokolwiek, czy Katarzyna nie mog³aby i tak ustanowiæ potem Krzy¿a za Zdobycie Pragi? Czy nie by³oby Maciejowic i rzezi na Pradze? I wszystkiego tego, co potem, od Napoleona po Pi³sudskiego, wszystkich tych niezno¶nych tragedii narodowych, ¿a³ob, ¿a³obnych bi¿uterii z ¿elaza i skrwawionych zw³ok powstañców?
Mo¿e lata saskie i stanis³awowskie by³yby tylko krótkim interludium, smut± rozdzielaj±c± samow³adno¶æ od samow³adno¶ci, a mo¿e jednak niewola wydarzy³aby siê i tak, niezale¿nie od sposobu, w jaki ten ziemski padó³ opu¶ci³ Poniatowski? Mog³oby byæ ró¿nie, na pewno jednak zasadniczej zmianie uleg³by charakter narodowy Polaków. To znaczy z kobiecego i dziewiczego narodu ofiar (o kobieco¶ci polskiego charakteru narodowego dobrze pisa³a swojego czasu Agata Bielik-Robson), narodu którego jedynym sposobem uprawiania polityki jest lament – podnoszenie w³asnej niezawinionej krzywdy – staliby siê Polacy narodem mêskim, republikañskim, nios±cym odpowiedzialno¶æ za swój los na w³asnych barkach. Narodem, który przesta³by baæ siê przemocy, co jest warunkiem uprawiania nowoczesnej polityki. Narodem, który nie ba³by siê dzia³ania, bo nie musia³by wiêcej troszczyæ siê o dawno utracon± cnotê.
To jest dopiero historia alternatywna! Inni Polacy, w tym rzecz, nie w malowaniu nowych granic, nie w wymy¶laniu pokrzepiaj±cych nazw jednostek wojskowych, ³±cz±cych tradycjê i nowoczesno¶æ – 9. Chor±giew Husarii Zmechanizowanej, czy 12. Kozacka Dywizja Pancerna – nie w mozolnym wyliczaniu zwyciêskich bitew, których nie by³o, lecz w nowym narysowaniu Polaków.
Polaków na nowo chcia³ narysowaæ Dmowski, widz±c swoich rodaków w roli narodu ukszta³towanego na wzór ówczesnych Szwajcarów, Niemców czy Japoñczyków, czyli „narodów powa¿nych”, jednak mylnie orientowa³ Polaków geopolitycznie, stawiaj±c na wspó³pracê z Rosj±. Mylnie te¿ okre¶la³ metody tej przemiany, jako, okre¶lmy je umownie, pracê organiczn±, podczas kiedy jedynym mo¿liwym ¼ród³em przemiany kobiecego charakteru polsko¶ci by³a wielka, polityczna przemoc. Mord, szubienica, zrewoltowany t³um linczuj±cy zdrajców res publica. Tylko krew, rozlana przez pospólstwo – to pospólstwo z drugiego cz³onu piêknego s³owa „Rzeczpospolita” – mog³a zmieniæ charakter narodowy.
Taka okazja, szansa na zdobycie politycznej to¿samo¶ci pojawi³a siê w nowo¿ytnej historii Polaków dwukrotnie. Gdyby w Polsce w 1989 roku pola³a siê krew, Polacy musieliby wreszcie porzuciæ towarzysz±c± im od dwustu lat kobiec± retorykê ofiar. Musieliby porzuciæ zgubny i szalony koncept bycia Chrystusem narodów i przekonanie o narodowej warto¶ci i wa¿no¶ci cierpienia. Cierpienie mêczonych ma warto¶æ transcendentn±, jednak tylko w wymiarze osobistego zbawienia mêczennika – dla narodu w³asne trupy nie wnosz± nic dobrego, warto¶æ wymiern± wnosz± tylko wrogie trupy. Mê¿czy¼ni przestaliby gin±æ na wojnie dla idei, lecz zaczêliby dla idei zwyciê¿aæ, a kobiety wreszcie straci³yby na rzecz mê¿czyzn swoj± funkcjê przekazywania przysz³ym pokoleniom polsko¶ci, która, z ka¿dym pokoleniem przekazywana przez matki, traci³a przez dwie¶cie lat swoje dawne, republikañskie, sarmackie, szlacheckie, wojenne cnoty tak skutecznie, ¿e nie zosta³o z nich nic i Polacy z narodu kawalerzystów, stali siê narodem wa³achów, bo w polskim charakterze narodowym osta³o siê tylko to, co kobiece: ofiara, fa³szywa wznios³o¶æ pora¿ki, smutek i bierny opór, zamiast dumy zwyciêstwa, entuzjazmu i czynnego ataku. Marsze milczenia, zamiast podejmowanych z braku pañstwowego stryczka samos±dów na bandytach, ob³êdna, buddyjska walka bez przemocy, zamiast dzia³ania. P³acz, zamiast w¶ciek³ego ryku.
Czy to drugie wieszanie, które siê nie odby³o, by³oby wieszaniem sprawiedliwym?
W jakim¶ wymiarze – na pewno. Zdrajcy zawsze zas³uguj± na ¶mieræ, przestrzeganie tej zasady jest warunkiem trwania wspólnoty. Bez w±tpienia, natychmiast zaanga¿owaliby siê w tê now± rewolucjê funkcjonariusze dawnego re¿imu. Jaruzelskiego – którego przed wprowadzeniem na podest pod szubienic± ubraliby w sowieck± czapkê, aby odrzeæ go z godno¶ci polskiego ¿o³nierza, (tak, jak biskupa Kossakowskiego próbowano przed powieszeniem dziwnymi obrzêdami pozbawiæ sakry biskupiej) – powiesi³by dzia³acz partyjny ¶redniego szczebla. Za¶ cz³owiek w skórzanej kurtce, który uwiesi³by siê genera³owi u nóg, mia³by ukryt± w domu na dnie sp³uczki w sraczu legitymacjê SB. Mniej wiêcej tak sta³o siê przecie¿ w Rumunii. Ale gdyby na ulicy oprócz aparatczyków, którzy ze strachu o ¿ycie krzyczeliby najg³o¶niej, ruszy³by równie¿ t³um, rozbijaj±cy wystawy, pl±druj±cy sklepy i wyci±gaj±cy z domów przy Alei Ró¿ starych ubeków i stroj±cy nimi latarnie, to ta zdradziecka obecno¶æ esbeków i tajnych wspó³pracowników nie zniweczy³aby zbiorowego przewarto¶ciowania narodowego systemu warto¶ci.
Nawet, gdyby pomiêdzy tymi powieszonymi by³ kto¶, kogo pomylono z kim¶ innym, jak w 1794 zamiast Thomatisa powieszono ksiêcia Czetwertyñskiego. Nawet gdyby wielki zbrodniarz uszed³, a powieszono by p³otkê. Franz Fiszer mawia³, ¿e aby w Polsce by³o dobrze, nale¿a³oby powiesiæ trzysta tysiêcy ³ajdaków. A gdy pytano go, co bêdzie, je¶li siê tylu nie znajdzie, odpowiada³ nonszalancko – to siê dobierze siê z uczciwych. Nie wiem, jak bardzo Fiszer ¿artowa³, jestem pewien, ¿e przesadzi³ z liczb±, ale nie mam w±tpliwo¶ci, ¿e w pewnym sensie mia³ g³êbok± racjê. Winni uchodz±cy z nietkniêt± szyj± i dyndaj±cy niewinni nie przeszkodziliby mordowi politycznemu odegraæ jego wspólnototwórczej i przewarto¶ciowuj±cej roli.
Oczywi¶cie, wszystko to by³oby g³êboko niemoralne. O ile kara ¶mierci jest moralnie dopuszczalna, kiedy wykonywana jest przez prawowit± w³adzê pañstwow±, to linczuj±cy mot³och zawsze grzeszy, kogokolwiek by wiesza³. Ale to, co spotka³o prawdziw± Rzeczpospolit± po 1989 roku by³o równie¿ niemoralne, bo ka¿dy brak sprawiedliwo¶ci jest niemoralny. A brakiem sprawiedliwo¶ci w³a¶nie by³ charakteryzuj±cy III RP brak kary dla winnych i nagrody dla zas³u¿onych. Gdyby trzymaæ siê moralno¶ci, jedynym rozwi±zaniem by³by uczciwy s±d i dopiero potem stryczek, wed³ug napoleoñskiej metody, po raz pierwszy zastosowanej na Bogu ducha winnym ksiêciu d’Enghien. Czyli dobrym wyj¶ciem by³aby taka polska Norymberga, z Jaruzelskim, Kiszczakiem i innymi, w cywilnych garniturach, na ³awie oskar¿onych. Marsza³ek Spychalski, gdyby do¿y³ tych czasów (niestety, umar³ w 1980, psuj±c nam literacko tê wersjê alternatywnej historii), móg³by wzorem Göringa pope³niæ samobójstwo w celi, bo nie wiesza siê polskiego marsza³ka. Taki, nieprawdopodobny zupe³nie rozwój wypadków, uczyni³by przysz³± Rzeczpospolit± lepsz±, odar³by j± z k³amstw – pozbawi³by j± mo¿e rosyjskich ¿o³nierzy GRU, nosz±cych polskie nazwiska i mundury i udaj±cych zbiorowo wywiad wojskowy wolnej Rzeczpospolitej. Odebra³by emerytury katom, wykañczaj±cych w latach piêædziesi±tych te resztki warto¶ciowych ludzi, którzy zostali w Polsce po generalnej wymianie elit na gorsze, jak± Polakom zafundowa³ wujaszek Soso, with a little help from his german friends.
Sprawiedliwo¶æ jednak nie mia³aby mocy przebudowania Polaków z narodu ofiar, w naród z to¿samo¶ci± polityczn±. Polska by³aby lepsza, ale nie nowa. Nie ma moralnego, chrze¶cijañskiego sposobu na tê przebudowê, musia³aby siê odbyæ z pogwa³ceniem praw boskich i ludzkich, tego wymaga wspó³czesno¶æ, od kiedy Europa straci³a dziewictwo, odrzynaj±c ³eb królowi, który wola³ byæ ¶lusarzem. Nie w sprawiedliwo¶ci droga, lecz w przemocy.
Niestety, Adam Michnik siê myli³. Jak ciekawa by³aby Rzeczpospolita, gdyby ten wielki sk±din±d cz³owiek mia³ racjê, i najwiêkszym zagro¿eniem dla Polski by³by wybuch antykomunistycznej przemocy, wywo³anej przez têpy, endecki mot³och!
Gdyby mot³och w 1989 roku by³ rzeczywi¶cie taki, jakim widzia³ go Michnik, nie powstrzyma³oby go piêædziesi±t Gazet Wyborczych, stu Michników i tysi±c Geremków, bo mot³och jest niepowstrzymany, rewolucje rzadko daj± siê st³umiæ armatami, gazet± za¶ nie da siê ich st³umiæ nigdy i mot³och znalaz³by sobie swoich Kiliñskich, swoich Jasiñskich i Ko³³±tajów, wyla³ siê na ulice Warszawy, Trójmiasta, Poznania, Szczecina, Katowic i Wroc³awia (ale nie Krakowa,– Rymkiewicz t³umaczy dlaczego – polecam lekturê) i przela³ krew. Ubrudziwszy sobie w tej krwi rêce, sta³by siê innym narodem. Tak czy inaczej, Adam Michnik siê myli³, dwie¶cie lat kastrowania ka¿dego, kolejnego pokolenia, do spo³u przez zaborców i Matki-Polki, zrobi³o swoje.
Król na rosyjskim ¿o³dzie, ocaliwszy szyjê w 1794, nie straci³ jej równie¿ w 1989.
A jaka by³aby moja droga, z kanapy pomarañczowego malucha, gdybym wtedy dziesiêcioletnimi oczami widzia³ p³omienie buchaj±ce z okien komitetu miejskiego w Gliwicach i do dzi¶ mia³ na wewnêtrznej stronie powiek obraz szubienic wzniesionych na Placu Krakowskim?
Po tym grupowym i krwawym rite of passage zapewne by³bym Polakiem, zamiast obra¿onego na polsko¶æ pielêgnowania beznarodowej to¿samo¶ci etnicznej ¦l±zaka, które praktykujê teraz, w ¶wiecie, który siê wydarzy³ – narody ¶wie¿e maj± nieodpart± moc przyci±gania. Mo¿e z wrodzonej przekory fascynowa³bym siê raczej konserwatywnymi krytykami narodowej przemocy – takim krytykiem bez w±tpienia by³by w ¶wiecie Polski przerobionej profesor £agowski, mo¿e równie¿ Gabi¶, mo¿e nawet arbiter elegantiarum profesor Legutko, który swojej uzasadnionej odrazy do wszystkiego co niskie, pospolite i zwi±zane z mot³ochem nie próbuje nawet ukrywaæ, zapewne s³usznie.
Nie da³oby siê w takiej Polsce prze¿yæ licealnego zachwytu antysystemowym niby-oporem Ligi Republikañskiej, nie mogliby¶my i nie musieli z gówniarskim podnieceniem groteskowych, acz niezrzeszonych konspiratorów-sympatyków rozwieszaæ w liceum plakatów z krwawymi, powykrêcanymi rêkami Oleksego, Millera i Cimoszewicza. A., kolega z klasy, nie wprowadza³by mnie w tajemniczy ¶wiat, w którym pierwsze „Frondy” le¿a³y na jednej pó³ce z „Lamp± i iskr± bo¿±” i ze starymi – sprzed nawrócenia Tekielego – numerami „BruLionu”, a nieco pó¼niejsze, w drugiej po³owie lat dziewiêædziesi±tych, demonstracyjne obnoszenie siê z katolicyzmem i infantylnym konserwatyzmem nie by³oby dobrym sposobem na emablowanie oszo³omionych podniecaj±c± antysystemowo¶ci± studentek kierunków humanistycznych. Zamiast tego by³aby inna, mo¿e ciekawsza kontestacja. Wektor móg³by byæ bardzo ró¿ny – w Polsce drugiej po³owy lat dziewiêædziesi±tych bywali przecie¿ te¿ studenci w arafatkach, z którymi rzucali¶my grubymi s³owami, na pewno jednak by³aby to kontestacja powa¿niejsza, posiadaj±cy spory ³adunek przemocy, bo od za³atwiania polityki na ulicy trudno odzwyczaiæ naród, który raz zakosztowa³ krwi. Mo¿e wiêc zamiast rozwieszaæ plakaty i k³óciæ siê w knajpach, ganialiby¶my siê po Katowicach z no¿em i pa³k±? Na uniwersytet w kieszeni nosi³bym pistolet, jak w kiedy¶ Márai, Majakowski i ka¿dy, kto uczestniczy³ w ¿yciu politycznym Niemiec lat dwudziestych – a dla studenta z dredami i w arafatce zamiast obelg mia³bym kule, chyba, ¿e to ja nosi³bym dredy i arafatkê, bo wszystko by³oby mo¿liwe. Wtedy mia³bym kule dla kogo¶ innego.
W Polsce przerobionej wyklarowa³aby siê jaka¶ zupe³nie nowa matryca podzia³u polityki. Nasz stary i niezno¶nie aktualny podzia³ na antykomunistów i postkomunistów straci³by na znaczeniu, a¿ do momentu, w którym ta polska rewolucja prze¿y³aby swój Thermidor, po którym, ku uldze czê¶ci spo³eczeñstwa, tej ci±gle przera¿onej swoim zaanga¿owaniem w komunizm, do polityki wróci³aby jaka¶ reprezentacja postkomunistów i szybko uros³a w si³ê. Byliby to jednak postkomuni¶ci tak ró¿ni od dzisiejszych, jak francuscy rojali¶ci czasów Dyrektoriatu ró¿nili siê od dworzan Ludwika XVI. I mo¿e nawet prze¿yliby¶my nasz± ma³± restauracjê á rebours, z jakim¶ ocala³ym z pogromu sekretarzem na prezydenckim stolcu, z pomnikiem powieszonego dziesiêæ lat wcze¶niej genera³a Jaruzelskiego na Placu Trzech Krzy¿y. Lecz by³aby ta restauracja tak samo bezsilna, fasadowa i skazana na pora¿kê jak jej francuski, rojalistyczny orygina³, bo Polacy byliby ju¿ narodem zupe³nie innym, ni¿ w latach dziel±cych niem± sesjê Sejmu Grodzieñskiego od wyborów do Sejmu Kontraktowego.
Pomnik Jaruzelskiego zosta³by po jakim¶ czasie obalony i zast±piony pomnikiem jakiego¶ podczas rewolucji bohatera, bo na pewno polska rewolucja takiego by siê dorobi³a. Ofiary w³asne s± koniecznym elementem ka¿dej rewolucyjnej mitologii, po to nazistom potrzebny by³ Horst Wessel. I potem zapewne i ten pomnik rozbi³by siê o bruk, zast±piony w koñcu abstrakcyjnym i artystycznie s³abym monumentem na cze¶æ Zgody Narodowej, o której wszyscy by mówili, a w któr± nikt by nie wierzy³, odwrotnie ni¿ Polsce, która siê wydarzy³a, w Polsce historycznego kompromisu.
W Polsce, w której poeta musia³ napisaæ „Wieszanie”, ksi±¿kê o wydarzeniach roku 1794, o warszawskiej insurekcji, o Warszawie koñca XVIII wieku, o technikach oczyszczania miasta, o polskich rewolucjonistach i polskich zdrajcach, ale przede wszystkim, ksi±¿kê o szubienicy, której nie by³o.
Szczepan Twardoch
Czas Fantastyki 2/11, maj 2007
|